logo

Oddział Poznań

  • 1
  • 2
  • 3

Wydawnictwo Czas

CZAS. PISMO SPOŁECZNO – POLITYCZNE

Data pierwszej edycji – listopad 1984
Data ostatniej edycji – listopad 1988.
Liczba wydanych numerów – 12 (8 zeszytów)
Nakład: 200 – 1500 egz.
Format: numery 1, 2, 3, 4/5, 10, 11/12 – A5; numery 6/7, 8/9 – A6
Objętość: od 40 s. (nr 1) w nr 1 do 100 s. (nr.11/12)
Ceny: od 100 zł (nr 1 1984) do 550 (nr 11/12 – 1988)

 

 czas 1 84 small
CZAS 1 / 1984 
czas 1 2 85 small
CZAS 1(2) / 1985
czas 2 3 85 small
CZAS 2-3 / 1985
czas 4 5 85 small
CZAS 4-5 / 1985
czas 6 7 86 small
CZAS 6-7 / 1986
czas 8 9 87 small
CZAS 8-9 / 1987
czas 1 10 88 small
CZAS 1(10) / 1988
czas 2 3 11 12 88 small
CZAS 2-3 (11-12) / 1988

 

BYŁ SOBIE CZAS

Gazety i czasopisma starzeją się wyjątkowo szybko. Co tydzień wrzucam do pojemnika na makulaturę spory ich stosik. Jaki zatem sens jest pisać o piśmie, którego ostatni numer ukazał się przed 17 laty, w zupełnie innej epoce? Nie próbuję nawet odpowiadać. Skoro jednak moi koledzy, niegdyś członkowie Solidarności Walczącej, poprosili mnie o przypomnienie Czasu oraz innych pism z lat osiemdziesiątych, z którymi byłem związany muszą widzieć w tym sens.

Latem 1984 roku złożył mi propozycję powołania i poprowadzenia podziemnego dwumiesięcznika, zbiegły chyba właśnie z aresztu, szef poznańskiej SW Maciej Frankiewicz. Pismo miało w sposób intelektualnie dojrzały, zająć się opisem krajobrazu społecznego i politycznego po ciosie stanu wojennego i zdławieniu ruchu Solidarność. Dziś powiedzielibyśmy, że miał być to periodyk opinii. Frankiewiczowi chodziło też o pokazanie innego oblicza SW. Oblicza przekonującego dla stosunkowo licznej opozycyjnie zorientowanej inteligencji akademickiej, dystansującej się wobec linii SW. SW w Poznaniu uchodziła za wyjątkowo sprawną i bodaj czy najlepiej zorganizowaną strukturę podziemną w Wielkopolsce. Zarzucano jej jednak uproszczoną ocenę rzeczywistości społecznej i politycznej oraz betonowy antykomunizm. Rozważano nawet czy nie sięgnie po przemoc jako narzędzie walki z opresją systemu. Choć w pewnej mierze podzielałem te oceny i obawy, po krótkim wahaniu zgodziłem się. Decydujące były dwie kwestie.

Po pierwsze osobowość Frankiewicza, którego znałem od 1980, gdy był jeszcze studentem architektury. Takie cechy, jak odpowiedzialność, pracowitość, bajeczna wprost punktualność (raz nie przyszedł na umówione spotkanie, wiedziałem, że mogło się zdarzyć tylko jedno: aresztowanie i nie myliłem się). Te właściwości człowieka czynu (jego ucieczki z ubeckich aresztów, zwłaszcza jedna szczególnie brawurowa, urastały wówczas do rangi nieledwie legend), łączyły się u Macieja Frankiewicza z urokiem osobistym, podszytym łagodnością, tak bardzo kontrastującą z twardą linią samej SW. Wszystko to zjednywało mu sporo ludzkiej sympatii. A gdy obiecał, że wydawca czyli SW nie naruszy wolności redakcyjnej, wiedziałem, że słowa dotrzyma.

Po drugie, pewną rolę odegrało też moje położenie osobiste: wróciłem świeżo do Poznania z zabitej dechami wiochy, gdzie przez kilka miesięcy próbowałem ułożyć sobie życie osobiste, bez powodzenia zresztą. A tu perspektywa poprowadzenia pisma. No, tak oczywiście.

CZAS NA CZAS

Już sam tytuł - Czas odbiegał od retoryki protestu, czy sprzeciwu, tak charakterystycznej dla publikacji powstałych tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, nawiązując do dziewiętnastowiecznego krakowskiego organu ugodowych konserwatystów. I nie dlatego, żebyśmy czuli się konserwatystami, a tym bardziej ugodowcami, ale chcieliśmy w ten sposób sekundować temu nurtowi politycznego myślenia, który przynajmniej brał pod uwagę niekonfrontacyjne scenariusze wyjścia z dyktatury komunistycznej.

Większość bowiem redaktorów, autorów, współpracowników w czteroletniej historii Czasu, dojrzewała społecznie w latach siedemdziesiątych. Zasadniczy wpływ na naszą formację intelektualno-polityczną, miały środowiska, tworzące Komitet Obrony Robotników. A zatem odrzucenie przemocy i nacjonalizmów, postulat budowy zalążków otwartego społeczeństwa obywatelskiego, nawet w warunkach dyktatury, odkłamanie życia publicznego, gdyż to właśnie kłamstwo, okazywało się najważniejszym narzędziem zniewolenia. To miała być „siła bezsilnych”, mówiąc językiem Vaclawa Havla. Wskazuję na ten ideowy kontekst szczególnie teraz, gdy słychać głosy polityków, publicystów, historyków, związanych niektórymi nurtami prawicy , próbujące deprecjonować, a nawet dyskredytować rolę KOR. Tymczasem właśnie ten styl politycznego myślenia i społecznego działania, zmaterializował się najpełniej, najpierw w zrywie pierwszej Solidarności, a potem w przejściu od dyktatury do demokracji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Pierwszy numer w formacie zeszytowym (gdy teraz go przeglądam, rozczulająco zgrzebny i edytorsko i technicznie – sitodruk), liczył 40 stron, co odpowiada ok. 80 stronom znormalizowanego maszynopisu. Ukazał się w połowie listopada 1984. Z dzisiejszej perspektywy, była to dość siermiężna adaptacja formuły magazynu: wstępniak o zamordowaniu ks. Popiełuszki (właśnie to przeżywaliśmy), kronika wydarzeń, trochę kultury, trochę gospodarki, kilka tekstów publicystycznych, parę tłumaczeń czołowych dysydentów słowackich oraz wybór przekładów dokumentów z angielskojęzycznej książki o losach dzieci wywiezionych na Sybir, przygotowanej przez Irenę Grudzińską – Gross i Jana T. Grossa. Pojawił się też stosunkowo obszerny wywiad z Kornelem Morawieckim. Nagrywałem go we wrześniu w towarzystwie Macieja Frankiewicza w jakimś wrocławskim mieszkaniu. Temat rozmowy: strategia SW i , ujmując rzecz nieco patetycznie, drogi dojścia do Rzeczpospolitej wolnej i demokratycznej.

Mimo licznych wad inauguracja Czasu została przyjęta dobrze, a może nawet bardzo dobrze. Instynkt nie zawiódł Frankiewicza: środowisko, a właściwie różne środowiska poznańskiej konspiry otrzymały sygnał, że wokół SW tworzy się nowa jakość.

SZTUKA REDAGOWANIA

Praca nad przygotowaniem każdego numeru miała trzy zasadnicze fazy. Pierwsza, polegała na wypracowaniu koncepcji pisma i zamawianiu tekstów. Do mnie, jako naczelnego, należało dyscyplinowanie autorów. W stosunku do „normalnej” redakcji różnice były zasadnicze i wynikały z warunków konspiracji (wszystkie zresztą teksty sygnowane były pseudonimami lub zmyślonymi inicjałami). Staraliśmy się unikać telefonowania, a zatem jeździliśmy do autorów i grafików, aby materiały omówić, poprawić, w końcu odebrać. Zważywszy, że do 1. numeru pisało pięć osób, do następnych coraz więcej, dochodząc w końcowej fazie istnienia pisma, do kilkunastu, były tygodnie, gdy dzień w dzień odbywałem 10 i więcej spotkań. Ubocznym skutkiem tych wędrówek było intensywne życie towarzyskie.

Gdy już wszystkie teksty (no, prawie wszystkie - zawsze ktoś się spóźniał) znajdowały się w moim ręku, wchodziliśmy w fazę drugą: ułożenia z tych puzzli gotowej do naświetlenia makiety. Były to dwu, a nawet trzydobowe posiedzenia odbywające głównie w obszernym mieszkaniu anglistki Zosi Ziółkowskiej przy ul. Saperskiej 39 w Poznaniu. Staraliśmy się nie opuszczać go, poza niezbędną koniecznością, dopóki makieta nie będzie skończona i dobrze ukryta. My, czyli gospodyni, zresztą nasza „etatowa” tłumaczka tekstów angielskich, Zosia Ziółkowska oraz Renata Andracka, pisząca w szalonym tempie maszynistka o niezmordowanej energii, non-stop waliła w klawiaturę przepisując z maszynopisów i rękopisów autorskich, niejednokrotnie wiele razy (proszę pamiętać zdecydowana większość numerów pisma powstała w epoce przedkomputerowej!). Od drugiego albo trzeciego numeru dołączyła do grona redakcji jako sekretarz redakcji Basia Fabiańska- informatyczka: za jej głównie sprawą poszczególne teksty i całe pismo zaczęły zyskiwać w uważnej edytorskiej obróbce. Faza trzecia, a zarazem i dead line, to starannie i w ściślej tajemnicy utrzymywany termin przekazania makiety Frankiewiczowi, a gdy Maciej został aresztowany, Szymonom – Jabłońskiemu lub Łukasiewiczowi. Oni unosili makietę ku zakonspirowanym drukarniom SW. Nam, czyli redakcji i autorom, pozostawało czekanie na wydrukowane egzemplarze oraz myślenie o następnym numerze.

TEKSTY NAJWAŻNIEJSZE

Z numeru na numer pismo się rozwijało. Systematyczne zwiększała się objętość, przybywało autorów. Poprawiała się typografia oraz druk (od numeru 4/5 offset zastąpił sitodruk). Zwracaliśmy coraz baczniejszą uwagę na redagowanie tekstu, adiustację, korektę oraz pracę z autorami, którzy zmuszeni byli poprawiać swoje artykuły (jeszcze więcej bieganiny). Zadbaliśmy również o klarowny układ numeru. Z biegiem czasu ustaliła się zasada, że każdy zeszyt koncentruje się na określonym zagadnieniu. Staraliśmy się ograniczać przedruki, na rzecz oryginalnych materiałów. Strzegliśmy się dwu rodzajów tonacji, tak rozpowszechnionych w prasie podziemnej: pisania ku pokrzepieniu serc, czy przeciwnie, odzwierciedlania peerelowskiej rzeczywistości wyłącznie w czarnych barwach. Ambicją naszą było jednak szukanie tęgich głów i piór, które byłyby w stanie dostarczać nam dobre teksty, czyli w naszym pojęciu wolnych od intelektualnych łatwizn. Chyba pierwszym tekstem, który wywołał szerszy rezonans, było opublikowanie listy zamordowanych lub zmarłych więźniów politycznych osławionego Zakładu Karnego we Wronkach obejmująca lata 1946 – 1959. Przed laty, lekarz więzienny żmudnie zbierał te dane na podstawie dokumentów administracji. Potem tę ponurą listę przekazał ojcu Rafała Grupińskiego. Rafał, wówczas wykładowca poznańskiej ASP i w tym czasie nasz współpracownik, poprzedził ją wstępem i w tej formie lista ujrzała światło dzienne (nr 3/1985). Materiał ten wielokrotnie prezentowany, m.in. przez Wolną Europę, wzbudził zainteresowanie także w środowisku niezależnych historyków, miał bowiem walor źródłowego dokumentu. Również przeprowadzony przeze mnie wespół z Marcinem Kęszyckim, wywiad-rzeka z ministrem Adamem Bieniem (6/7 1986) wywołał rezonans (przedrukowały go m.in. „Zeszyty Historyczne” paryskiej Kultury). Materiałów podobnej rangi może było jeszcze kilka.

Najbardziej jednak znaczącym tekstem, który trafił do opinii publicznej za pośrednictwem Czasu (4/5/1985), była rozmowa z Markiem Edelmanem, przeprowadzona przez niżej podpisanego wraz z Anką Grupińską. Tekst ten szybko doczekał się szybko kilku omówień i został przełożony na niemiecki, francuski, angielski i w tych językach opublikowany w kilku znaczących tytułach. Trafił też do niemieckiej antologii (Vom Judenhass zum Antisemitismus. Materialen einer verleugneten Geschichte, Stuttgart 1988). W kraju wypowiedź ta wpisała się w rozpoczynającą się właśnie debatę środowisk niezależnych o polsko – żydowskich relacjach.

KRYZYS

Podwójny numer 4/5 1985 (ten z rozmową z Markiem Edelmanem), pod każdym względem okazał się lepszy od wszystkich poprzedzających. Do dystrybucji wszedł się jednak z ponad półrocznym opóźnieniem – na początku 1986 roku. Rytm kwartalny, nie mówiąc już o pierwotnie zakładanym dwumiesięcznym ukazywania się pisma już nie miał nigdy powrócić. Czas stał się wielce nieregularnym półrocznikiem (od listopada 1984 do listopada 1988 roku ukazało osiem zeszytów, część o podwójnej numeracji).

Prawdziwy kryzys spowodowało aresztowanie Macieja Frankiewicza, w połowie 1985 roku, a nieco później Szymona Łukasiewicza. Okazało się, że imponująca sprawność poznańskiej SW jest w istocie rezultatem determinacji garstki ludzi, a zwłaszcza jej szefa. Kostki domina zaczęły się przewracać.

W pierwszej kolejności zagrożony był biuletyn Solidarność Walcząca, której redaktorem i wydawcą był Maciej Frankiewicz. Szymon Jabłoński jedyny pozostały na wolności członek kierownictwa poznańskiej SW zwrócił się do Jerzego Fiećki i do mnie, abyśmy zajęli się jego redagowaniem. Przyjęcie przez nas nowych obowiązków, bo oczywiście zgodziliśmy się, kosztować nas miało więcej wysiłku, niż mogliśmy początkowo przypuszczać. Niewątpliwie ucierpiał na tym Czas (o biuletynie SW patrz dalej).

Kryzys miał i głębsze przyczyny. Inicjatywy na początku stanu wojennego prężne, słabły lub pogrążały się w niebycie. Wezwania do manifestacji w rocznice powstania Solidarności czy 1 lub 3 maja mobilizowały coraz mniej ludzi. Słowem, apatia i zniechęcenie. W roku 1986 wydawało się, że reżym będzie wegetował latami. A my obok niego. W Poznaniu było to widoczne może nawet bardziej, niż w innych dużych miastach. Poza Czasem, Czasem Kultury oraz biuletynem SW wychodził tylko, choć z coraz większymi kłopotami, Obserwator Wielkopolski, pismo o najdłuższym podziemnym stażu, bo sięgającym grudnia 1981 roku. Słabła też aktywność redaktorów i wydawców prasy zakładowej. Struktury Zarządu Regionu Solidarności ograniczały się niemal wyłącznie do wydawania sporadycznych oświadczeń. Nawet najwięksi optymiści przyznawali, że to wszystko ma coraz bardziej ograniczony, by nie powiedzieć symboliczny, zasięg.

30 października 1986 w pobliżu miejscowości Golina tuż przed wjazdem na trasę E8 (dziś A2) w kierunku Poznania, SB zatrzymała samochód „ford granada”, wraz z 3/4 nakładu nru 6/7 – 1986 Czasu. W samochodzie, znajdował się piszący te słowa oraz właściciel pojazdu Jan Plewa. Konfiskata takiej liczby egzemplarzy już była dotkliwą stratą. Najgorsze było dopiero jednak przed nami. W niespełna godzinę po zatrzymaniu, wchodził w życie nowy przepis (esbecy musieli przesunąć datę zatrzymania, aby przepis mógł mieć wobec nas zastosowanie), umożliwiający konfiskowanie samochodów, a może i mieszkań jako narzędzia przestępstwa. Po miesiącu Kolegium ds. Wykroczeń skazało nas na grzywny, a jako dodatkową karę orzekło przepadek samochodu. Było to pierwsze tego rodzaju orzeczenie w kraju. Potem posypały się następne. Zamiast zamykać władze wydały opozycji walkę ekonomiczną. I co tu dużo mówić bardzo działającą na wyobraźnię, nawet zaprawionych w boju konspiratorach. W PRL samochód generalnie, a już ford granada w szczególności, był synonimem luksusu.

Z początkiem roku 1987 zrezygnowałem z redaktora naczelnego, choć nadal współpracowałem z Czasem jako niezależny dziennikarz. Naczelnym został Ireneusz Adamski. Pod kierownictwem Irka Adamskiego wyszły dwa zeszyty Czasu (nr 10 i 11/12) niewątpliwie ze wszystkich najstaranniej przygotowane i wydane. Zawierały też mądre i przenikliwe teksty. M.in. blok tekstów koncentrujących się wokół dziedzictwa marca '68 (nr 10/1988), czy poświęconych przemianom w ZSRR epoki Gorbaczowa (11/13/1988). Były to jednak numery ostatnie pisma. Wejście do kolportażu ostatniego podwójnego numeru (listopad 1988) dzieliło kilka miesięcy, od Okrągłego Stołu, którego rezultatem były wybory 4 czerwca 1989 roku. Uznaliśmy, że czas Czasu minął.... Czy mieliśmy rację? Tego nie da się zweryfikować....

Włodek Filipek
Poznań 2005