logo

Oddział Poznań

  • 1
  • 2
  • 3

Adam Szatkowski

Trudno przypomnieć sobie dni sprzed tylu lat. W głowie pozostało kilku kolegów, kilka epizodów, atmosfera niechęci do reżimu i sprzeciwu w każdej możliwej formie. Z mojego punktu widzenia ówczesną atmosferę stanu wojennego i bliskie moim motywy działania najlepiej oddaje słynny wówczas wiersz Herberta „Potęga smaku”.

Prawie każdy z grona moich znajomych próbował coś robić przeciw „komunie”. Pamiętam np. rozrzucanie ulotek z wieżowców przy pętli tramwajowej na ul. Serbskiej, czy spontaniczny udział w manifestacjach z kolegami z klubu sportowego (oczywiście zawsze przy pl. Adama Mickiewicza) – na szczęście mieliśmy wystarczającą kondycję, żeby nie popaść w poważniejsze tarapaty, aczkolwiek niektórzy zebrali jakieś pałki.

Bardzo dużą rolę w podtrzymywaniu ducha oporu odegrały pieśni: Kaczmarskiego – jego „Obławę” czy „Mury” słucham do dziś z dreszczykiem; Gintrowskiego, którego najlepiej zapamiętałem z „Gdy tam siedzimy nad bimbrem...” – nie twierdzę, że czasem nie siedzieliśmy; Wójtowicza i jego słynną „Litanię” (jego występ w Eskulapie pamiętam do dziś). Również spotkania z intelektualistami odegrały swoją rolę (dla naszej parafii św. Stanisława Kostki w Poznaniu przyjazd prof. Geremka był wielkim wydarzeniem). Wizyty Papieża były chyba największym bodźcem dla szerokiej rzeszy ludzi, dostarczyły wielu wzruszeń, a przede wszystkim utrwalały poczucie wspólnoty społeczeństwa w trwaniu w oporze. Przy każdej okazji zgromadzenia większej ilości ludzi można było od razu wyczuć, jak powszechny jest duch wolności i oporu w społeczeństwie.

Przyznam, że byłem dużym niedowiarkiem, jeśli chodzi o trwały upadek komuny w naszym kraju..

Nie wierzyłem w to, że dokona się to za naszego życia. Jednak mój wewnętrzny nakaz kazał mi robić cokolwiek, żeby padła jak najszybciej. Często na ten temat spieraliśmy się z moim kolegą (od drugiej klasy podstawówki poprzez kilka lat wspólnego uprawiania różnych sportów) – Szymonem Jabłońskim, który był dużo większym optymistą. Cieszę się, że miał rację. On właśnie któregoś dnia, spytał mnie, czy wiem coś o fotografii. On też wprowadził mnie do SW i był stałym pośrednikiem w przekazywaniu materiałów i instrukcji. O fotografii oczywiście wiedziałem niewiele, ale miałem jakąś mądrą książkę i w krótkim czasie, po dokonaniu odpowiednich zakupów razem suszyliśmy pierwsze klisze dużego formatu. Jakość może nie była rewelacyjna, ale i sprzęt był średni (powiększalnik i materiały nie były z najwyższej półki, a i zakupy w sklepach fotograficznych były pod lupą) a fotograf dopiero debiutował. Postęp odbywał się metodą prób, błędów i intuicji (i gdyby wojna „polsko-jaruzelska” potrwała z dziesięć lat dłużej, to nie byłoby się czego wstydzić – nie to żebym się martwił, że nie potrwała dłużej).

I tak w moim mieszkaniu (mieszkałem wówczas z ojcem) przy ul. Sokoła, w krótkim czasie ruszyła produkcja klisz do sitodruku. Jeden z dwóch pokoi (większy) w mieszkaniu został wyłączony z użytkowania na rzecz ciemni. Prowadziło to przy okazji wizyt znajomych do dziwnych sytuacji i wyjaśnień, ale jakoś nic nie wyszło na wierzch. Mój ojciec (fanatyk Piłsudskiego) patrzył na wszystko z niewzruszoną życzliwością i poddawał kolejne produkty konstruktywnej krytyce. Wykonywałem przez kilka lat klisze dwutygodnika SW, Czasu, Czasu Kultury, kalendarzy, znaczków, książek, m.in. wierszy Grupińskiego, i in.

Z pamiątek pozostał mi jedynie kalendarz z 1985 z podobizną Piłsudskiego i zabawny zeszycik wydany w Warszawie w 1982 r. pt. „Junta juje!”, gdzie, najbardziej po latach ubawiła mnie charakterystyczna, mocno owalna podobizna byłego „niedorzecznika” mówiącego do mikrofonu: „Problem związków został przez nas rozwiązany. Będzie jeden wielki, związek radziecki”.

Pamiętam również kilka drobnych epizodów. Na przykład wyjazd moim maluchem do Tuczna (wieźliśmy jakieś materiały w jedną i drugą stronę z wcześniej wspomnianym Szymonem Jabłońskim i chyba Maciejem Frankiewiczem). Tam po raz pierwszy widziałem maszyny do sitodruku. Pamiętam również doskonale drogę powrotną, dreszcz emocji i lekko podniesione ciśnienie, kiedy w okolicach Wildy przez jakiś czas jechała za nami milicyjna nyska (i te myśli: uciekać czy jechać spokojnie, bo może to tylko przypadek). Był to chyba przypadek.

Kilka razy nosiłem jakieś paczki do mieszkania przy ul. Mielżyńskiego. Do dziś nie wiem, co i do kogo ale dreszczyk pamiętam.
Byłem również u Adama Bienia (b. minister Rządu Londyńskiego, działacz Polski Podziemnej i uczestnik słynnego „Procesu Szesnastu”) w Ossali k. Tarnobrzega, umówić wstępnie nagranie wywiadu dla SW. Takich ludzi nie ma już w polityce. Niesamowity spokój i determinacja.

Pamiętam również „wizytę” u mnie w domu mocno zdyszanego Macieja Frankiewicza, zaraz po jego kolejnej ucieczce z aresztu (chciał tylko trochę odpocząć) i barwną opowieść Szymona Jabłońskiego o nalocie SB na mieszkanie i aresztowanie na Ratajach.

Jemu udało się uciec (sport to zdrowie – zwłaszcza biegi przełajowe) – Maciejowi nie.

Potem Szymon długo się ukrywał i kontaktował się ze mną tylko telefonicznie – zwięźle. Czasem odwiedzałem jego rodziców, żeby wymienić informacje. W 1985 wyjechaliśmy na tydzień czy dwa w Bieszczady, żeby zaczerpnąć oddechu. Organizowała to dziewczyna, którą kojarzę z jakąś willą na Sołaczu. Ponieważ Szymon się ukrywał, więc spotkaliśmy się dopiero na dworcu. Szyje bolały od rozglądania się dokoła.
To tyle wspomnień. Mam nadzieję, że nic nie pomieszałem. Trochę refleksji.

Myślę, że znakomita większość społeczeństwa pracowałaby w tamtych czasach na rzecz odzyskania wolności w jakichkolwiek strukturach, gdyby miała możliwość. Ja się cieszę, że miałem okazję pracować właśnie w ramach SW ze względu na jej jasny i bezkompromisowy charakter.

Cieszę się również, że w jej strukturach odnalazł się mój kuzyn, z którym straciliśmy kontakt we wczesnej podstawówce – Szymon Łukasiewicz. Doczekaliśmy Wolnej Polski dużo wcześniej niż niejeden z nas oczekiwał. Na pewno jej dzisiejszy wizerunek, a zwłaszcza świat polityki, znacznie różnią się od naszych życzeń i wyobrażeń. Mnie, najbardziej brakuje u polityków elementarnej wrażliwości społecznej, którą (jeżeli mieli) stracili przy nieustannej wojnie o podział wpływów (łupów).

Chciałbym, żeby każdy z nich czytał raz w miesiącu wiersz Miłosza „Który skrzywdziłeś”.

Cóż, niektórym z nich pewnie niewygodnie pamiętać o takich słowach, a innym nazwisko Miłosz - niewiele mówi.

Adam Szatkowski
Poznań, czerwiec 2005