logo

Oddział Poznań

  • 1
  • 2
  • 3

Roman Chmielowiec

Z pierwszą ulotką wydrukowaną w podziemiu zetknąłem się bodajże w roku 1978 w Drukarni UAM. Była to ulotka KOR-u. Mając kilkanaście lat czułem się bardzo podekscytowany. Poglądy prawicowe, antykomunistyczne, miałem wpojone przez ojca, który był żołnierzem AK. Często razem słuchaliśmy m.in. Radia „Wolna Europa”.

We wrześniu 1980 roku wstąpiłem do „Solidarności”. Razem z kolegą, Robertem Budzyńskim, często prowadziliśmy w pracy – Drukarni UAM głośne rozmowy krytykujące i ośmieszające komunizm.

Pamiętam jak niektórzy pracownicy mówili, że „głową muru nie przebijesz”, a my odpowiadaliśmy „ale mur może pęknąć”. W Drukarni UAM „Solidarność” wydawała własne czasopismo pt. „Aktualności i nie tylko”. Były tam artykuły bardzo odważne, jak na ówczesne czasy. Mówiące m.in. o wojnie Polsko – Sowieckiej w roku 1920 i mordach bolszewickich w Katyniu.

Czasopisma te zawoziłem do Opalenicy, gdzie mieszkałem i rozrzucałem w pociągu którym dojeżdżałem do Poznania do pracy. Razem z R. Budzyńskim malowaliśmy na murach hasła i symbol Polski Walczącej. W Drukarni poznałem również K. Stasiewskiego, który bardzo podkreślał swoją wrogość do „komuny”.

W grudniu 1981 roku zostało internowanych 3 pracowników Drukarni : K. Barczyński, S. Szymański oraz K. Stasiewski. W pierwszym tygodniu stanu wojennego wraz z R. Budzyńskim chcieliśmy przeciąć zasilanie elektryczne Drukarni, ale w końcu zrezygnowaliśmy i wpadliśmy na inny pomysł. Pod koniec grudnia w Poznaniu w nocy po godzinie policyjnej, obok Komendy MO umieściliśmy na jezdni deski z wbitymi gwoździami, licząc że nadzieje na to jakiś patrol. W akcji tej brał również brat R. Budzyńskiego – Rafał.

Pamiętam również jak koledzy z pracy na II zmianie na Tablicy Informacyjnej pod Ogłoszeniami przypięli hasła typu „Solidarność żyje”, „Solidarność Walczy” itp. Na drugi dzień w czasie śniadania wraz z Budzyńskim zerwaliśmy przypięte na wierzchu komunikaty zakładowe i przez to ukazały się wcześniej przygotowane hasła Solidarności. Wywołało to wielkie poruszenie w zakładzie, a czerwoni biegali jak wściekli, nie mogąc zrozumieć jak ktoś mógł przypiąć tyle haseł w tak krótkim czasie i nikt tego nie zauważył.

Na początku stanu wojennego wraz z R. Budzyńskim założyliśmy małą organizację antykomunistyczną, ponieważ wszyscy znani nam działacze byli internowani. W skład tej organizacji, pod nazwą „ Liga Antykomunistyczna” wchodzili oprócz nas Rafał Budzyński, Ewa Bieganek i Beata Bieganek. Wszyscy mieliśmy przypięte oporniki, które bardzo irytowały czerwonych, natomiast ludzi którzy je nosili, podtrzymywało to na duchu. Była to mała forma jawnego oporu wobec stanu wojennego. Malowaliśmy na murach hasła typu „Solidarność”, „Solidarność żyje”, „Zima wasza wiosna nasza”, „Zamiast liści będą wisieć komuniści” i wiele innych.

Mieliśmy dostęp do papieru, czcionek i farby drukarskiej. Wydrukowaliśmy małe ulotki, które wrzucaliśmy na dworcach PKP i PKS. Rozrzucałem ulotki w pociągu do Opalenicy, natomiast R. Budzyński do Murowanej Gośliny. Razem, asekurując jeden drugiego, prowadziliśmy akcje ulotkowe na klatkach schodowych, w blokach poznańskich osiedli. Ponieważ wiedzieliśmy, że po kroju czcionek SB zorientuje się skąd pochodzą ulotki, delikatnie zbijaliśmy tzw. oczko czcionki.

Śmieszyło nas gdy, malowane przez nas wieczorem w Kamińsku hasła „Solidarność”, były natychmiast drugiego dnia zamalowywane.

W stanie wojennym wraz z R. Budzyńskim i Beatą Bieganek odwiedziliśmy K. Stasiewskiego w Gnieźnie. Stasiewski był tak radykalny wobec komuny, że uznano Go za psychicznie chorego i umieszczono w szpitalu.

Z Solidarnością Walczącą zetknąłem się pod koniec 1983 roku poprzez R. Budzyńskiego który miał kontakt z Sz. Łukasiewiczem. W mieszkaniu Łukasiewicza razem z Robertem, w obecności M. Frankiewicza złożyliśmy przysięgę SW. Byliśmy dumni że jesteśmy żołnierzami radykalnej organizacji. W roku 1984 wraz z Robertem drukowałem dwutygodnik poznańskiego oddziału SW. Co drugi tydzień z mieszkania Szymona odbierałem ramkę z naświetlonym tekstem i jechałem pociągiem do Murowanej Gośliny, gdzie odbierał mnie Robert i dalej już maluchem jechaliśmy do Kamińska. Drukowaliśmy w domu Roberta, w piwnicy. Często na czujce stał brat Roberta, Rafał. Pamiętam jak drukowaliśmy tekst z żądaniem uwolnienia Vaclava Havla- wówczas jeszcze nieznanego polityka- późniejszego Prezydenta Czechosłowacji i Czech.
Od 1986 roku moim zadaniem był kolportarz czasopism podziemnych. Kontakt ze mną miał M. Frankiewicz, który podawał adresy odbioru bibuły i jej rozprowadzania. Pierwszym punktem odbioru bibuły z piwnicy był blok na Winogradach, szybko utracony z powodu namierzenia go przez SB. Maciej w ostatniej chwili, gdy już miałem wyjść z domu, zadzwonił i uprzedził mnie „Nie idź tam!”

Drugi punkt odbioru zachował się dłużej i trwał do lutego 1988 roku. Znajdował się on w wieżowcu, na osiedlu Kopernika. Rozprowadzałem pisma SW, książki, kalendarze, znaczki okolicznościowe i inne czasopisma niepodległościowe. Pamiętam kilku odbiorców, m.in. do państwa Dziabaszewskich mieszkających na os. Piastowskim, do Oli Bessert na Wildzie, oraz kilku innych mieszkań. Jak to w życiu bywa, raz spotkałem się z nieprzyjemną sytuacją. Po zawiezieniu bibuły do mieszkania jakiegoś młodego chłopaka z LO, do pokoju weszła jego matka i powiedziała żebym nie narażał jej syna i więcej nie przychodził.

Były to lata chmurne ale lata dumne. Poznałem wspaniałych ludzi. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie śp. Waldemar Pietrzak, któremu zawoziłem bibułę do mieszkania na Os. Kopernika. Był człowiekiem wielkiej charyzmy, poczucia humoru, werwy, oddania i głębokiej wiary w to co robi. Po wizycie u niego byłem zawsze podniesiony na duchu i pełen energii.

Drzwi piwnicy do której chodziłem odbierać towar były trochę nieszczelne; można ją było z zewnątrz oświetlić latarką i zobaczyć co się znajduje w środku. Wspominałem to komuś że trzeba to naprawić gdyż jest to niebezpieczne. Niestety nie zdążono usunąć usterki i zostałem złapany w urządzony „kocioł” przez SB, 10 lutego 1988. Miałem przy sobie kilka egzemplarzy książek, Czas Kultury itp. Na szczęście w tym czasie za takie wykroczenie nie mogli mnie aresztować dłużej niż na 24 godziny. Po przesłuchaniu i wymyśleniu historyjki skąd się wziąłem w tej piwnicy, noc spędziłem w celi przy ul. Kochanowskiego. Na drugi dzień mnie wypuszczono.

Ze względów konspiracyjnych byłem zameldowany na wsi w woj. Lednickim u wuja o takim samym nazwisku. U niego, na drugi dzień po moim aresztowaniu, SB zrobiła rewizję na szczęście nic nie znajdując, bo i skąd. Mieszkałem w tym czasie w Poznaniu. Rewizja przez SB dotknęła również moich rodziców w Opalenicy. Późniejsza moja działalność ograniczyła się do załatwiania i przekazywania płyt offsetowych oraz farby drukarskiej M. Frankiewiczowi. Płyty offsetowe i farbę załatwiałem w Opalenicy od kolegi który pracował w drukarni w S. Towar przywoziłem do Poznania pociągiem.

Jak mocno była zakonspirowana SW może świadczyć fakt że dopiero w roku 2005 dowiedziałem się od Sz. Łukasiewicza że śp. Mirosław Kulawik dostarczał jemu papier z drukarni w której pracowałem. Z Mirosławem Kulawikiem często rozmawiałem w tamtych i późniejszych latach. Nigdy jednak żaden z nas nie ujawniał swojej działalności w SW ani tego że mamy wspólnego znajomego.

Nadchodziły wielkie zmiany i krótko przed wyborami 4 czerwca 1989 roku odebrałem z Poznania dużą ilość materiałów Solidarności. Wraz z bratem Stanisławem Chmielowcem, Wojciechem Grafem, Tomaszem Dziamskim i Włodkiem Zwierzyńskim oblepiliśmy całą Opalenicę plakatami z kandydatami Solidarności do Sejmu i Senatu. Jakaś „czerwona” dziewczyna zapytała się wtedy, ile nam płaca amerykanie?!

Mimo że Solidarność Walcząca była organizacją radykalną jestem z niej dumny. Twierdzę że musiały być takie organizacje, które wyprzedzały rzeczywistość w dążeniach niepodległościowych i twardo mówiły „Precz z komuną!” Niestety do władzy doszli ci co mówili „Socjalizm tak, wypaczenia nie” i efekt jest taki że afera goni aferę a komuniści coraz bardziej bogacą się społecznym kosztem. Drukarnia uniwersytecka w której pracowałem była bardzo mocno zaangażowana w ruch niepodległościowy i miała duże powiązania poprzez Zbigniewa Dembińskiego z opozycją z UAM-u. Obecnie jest w likwidacji a sposób prywatyzacji i sama prywatyzacja jest kolejną małą aferą: w chwili przejęcia naszego prężnego zakładu z dużymi tradycjami, przez zarządcę komisarycznego z Urzędu Wojewódzkiego, zadłużenie Drukarni UAM wynosiło 7 tysięcy PLN. Po około dwóch latach zadłużenie wzrosło do 150 tysięcy PLN.
Obecnie jestem w okresie wypowiedzenia pracy przez pracodawcę. Moja żona została zwolniona wcześniej z tego samego zakładu. Mam trójkę dzieci w wieku szkolnym. Nie o taką rzeczywistość walczyliśmy...

Roman Chmielowiec