logo

Oddział Poznań

  • 1
  • 2
  • 3

Dariusz Andrzejewski

W SW zacząłem działać dzięki kontaktowi z Szymonem Jabłońskim, którego poznałem w sekcji karate Shotokan. Szymon zaproponował mi wstąpienie do SW. Traf chciał, że była to organizacja której forma i cele działania najbardziej mi odpowiadały. Sercem całej organizacji był Maciej Frankiewicz, który był głównym organizatorem większości działań.

Na początku był to kolportaż i druk dwutygodnika oraz innych wydawnictw SW. Kolportowaliśmy je w ramach naszej organizacji na terenie całego Poznania. Wspólnie z moim bratem Faustynem i kolegami, w większości z SW, m. in. z Bartkiem Tyllem uczestniczyliśmy także w organizowanych manifestacjach oraz akcjach malowania haseł na murach. Dużo satysfakcji dawała mi świadomość, że duża część widzianych w mieście napisów była mojego współautorstwa. Kilkanaście razy emitowaliśmy w różnych punktach miasta audycje Radia Solidarności Walczącej, m.in. na Łazarzu, na przeciwko aresztu przy ul. Młyńskiej, przy ówczesnnych koszarach wojskowych przy ul. Bukowskiej itd. Audycje Radia Solidarność Walcząca emitowałem najczęściej z Bartkiem Tyllem, Szymonem Jabłońskim oraz moim bratem Faustynem Andrzejewskim. Tandem z Bartkiem polegał m.in. na tym, że fizycznie się uzupełnialiśmy. Bartek jest niższy, stąd łatwiej i szybciej wszędzie się „skrobał” przy „pracach na wysokości” ☺. Minimum dzień wcześniej byliśmy na miejscu emisji, żeby spenetrować najbliższe otoczenie i nieco dalszą okolicę, rozpoznając drogę dojścia i wyjścia, różnymi dla nas obu, trasami. Ważne też było poinstruowanie osoby udostępniającej mieszkanie, aby podczas emisji antena telewizyjna była zwrócona nie na odbiór”, w kierunku Śremu, skąd nadawano program telewizyjny, ale obrócona o 180°, w drugą stronę. Dzięki temu telewizyjna antena odbiorcza stawała się lokalną anteną nadawczą. Podczas akcji ubezpieczaliśmy jeden drugiego tak, aby żaden z nas nie był zaskoczony prze niepowołane osoby, np. w przypadku nadawania audycji z mieszkania drugi z nas zostawał na zewnątrz. Uczestnictwo dwóch osób było konieczne i z tego względu, że nadajnik z anteną (w przypadku braku TV w mieszkaniu) i magnetofon, w latach osiemdziesiątych posiadały swoją kubaturę. Po rozdzieleniu sprzętu na dwie osoby nie wydawało to się już tak podejrzane i nie wzbudzało nadmiernego zainteresowania.

Drukowałem i zajmowałem się kolportażem wszelkich wydawnictw niepodległościowych i za to zostałem aresztowany w 1986 roku. Po otrzymaniu 'towaru' zostałem aresztowany w centrum przez tajniaków z SB. Pobyt przez 6 miesięcy w areszcie przy Młyńskiej nie należał do najszczęśliwszych okresów w moim życiu, tak jak w życiu każdego więźnia politycznego. Maglowali mnie ciągle o to samo, z kim, gdzie, od kogo, i tak dalej. W celi przebywałem prawdopodobnie z kapusiem SB a później z wieloma 'specjalistami'. Cechą charakterystyczną aresztowanych było to że wszyscy siedzieli 'za nic', 'za niewinność'- cały czas oczekując na upragnioną amnestię, 'andzię'. Był to jeden z głównych tematów w areszcie, 'pod celą'. Nietrudno się domyśleć że zainteresowani nią byli wszyscy, zarówno kryminalni, jak i polityczni...

Zmieniło się od 'naszych' czasów. Finansowo różnie bywa, jak u wielu z nas. Politycznie wywalczyliśmy to o co chodziło - komuchów oficjalnie nie ma... Niemniej, jak na czas przełomów przystało, obok blasków są i cienie. Można się osobiście przekonać, że chińskie przysłowie 'obyś żył w ciekawych czasach' nie należy do najlepszych życzeń...

Dariusz Andrzejewski